Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Meantime, czyli podróż wehikułem...

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju...

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Wypadek na Marsie, czyli po co ci kask

25 września 2014, komentarze (1)

Supermeni?

Zdecydowana większość cyklistów nadal jeździ bez kasków. Zastanawiam się, czym to jest spowodowane: lekkomyślnością, skąpstwem czy zwykłym zaniedbaniem?

Dobry kask nie kosztuje majątku – mając do dyspozycji 200 PLN można kupić naprawdę niezły. Tylko że są tacy rowerzyści, którzy kask mają, ale go nie noszą, bo im się fryzura rujnuje (wbrew pozorom nie tylko kobiety). Inni zapominają kupić czy założyć, jeszcze inni mają to gdzieś, oczywiście do momentu, gdy znienacka znajdą się na twardej i nierównej ścieżce rowerowej lub asfalcie. Zdziwieni, obrażeni i pokrzywdzeni.

Moment przełomowy

Dawniej też jeździłem bez kasku. Bo co niby mogło mi się stać? W pewnym momencie zmieniłem zdanie: w szpitalu - na szczęście jako odwiedzający - zobaczyłem młodego chłopaka świeżo po wypadku. Był w szoku i wyczyniał takie harce, że słyszała go chyba połowa pacjentów. Dwa dni później w ogóle nie pamiętał swoich wyczynów. A może nie chciał pamiętać. To mnie przekonało. Szkoda głowy.

Upieram się przy tych kaskach z jednego powodu: kask może cię uchronić przez urazem lub poważniejszą kontuzją, a nawet śmiercią. Miałem trzy takie sytuacje.

Sytuacja pierwsza

Wracałem do Szczecina w strugach deszczu z niemieckiego Schwedt (50 kilometrów), no i praktycznie pod domem z bocznej ulicy wyjechał fiat Punto, trzasnął mnie w tylne koło, poleciałem na tory. Dzięki kaskowi nie zbiłem sobie czaszki. Skończyło się na otarciach i poobijaniu kończyn.

Sytuacja druga

Zaledwie szesnaście dni później (to chyba jakiś spisek był) na placu pod Tesco zza budki wytoczył się prowadzony przez chłopaka bez prawa jazdy samochód, no i pocałowaliśmy się czołowo. Wpadłem na maskę, a głową wybiłem przednią szybę w aucie. Kask spisał się dzielnie, szyba nadawała się do wyrzucenia, a głowa pozostała w całości. Cóż, nawet na placu pod takim rodzinnym marketem może dojść do wypadku.

Sytuacja trzecia

Dwa lata później, „gleba” w górach, tuż za schroniskiem Orle w Karkonoszach, bardzo blisko „Marsa”. Na takich terenach o wywrotkę akurat nietrudno, chociaż ja wywróciłem się na prostej, dość równej ścieżce. Wystarczyła chwila dekoncentracji, zbyt duża prędkość, koło straciło przyczepność, poleciałem na ziemię: kask pękł, mnie nic się nie stało, poza obitą gębą i odartą nogą. Wróciłem 15 km do Szklarskiej Poręby. Potem chodziłem w ciemnych okularach.

Zanim

Za oknem już jesień, jednak zanim wsiądziesz na rower, pomyśl o zdrowiu swoim i swoich bliskich. Co byś im powiedział, żeby mimo wszystko włożyli na głowę kaski?

1 komentarz

anda, 25.09.2014, 19:31

Taki moment przełomowy przydałby się też kierowcom, jak by sobie taki popatrzył na ofiarę wypadku albo całkiem trupa, to może zaczęliby wolniej jeździć. Na rowerze zdarzyło mi się grzmotnąć, jakoś bez większych kontuzji, na szczęście bez wybijania głową szyb w samochodach :) jeżdżę w kasku i zachęcam innych do tego. Warto chronić główki!