Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Meantime, czyli podróż wehikułem...

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju...

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Dejot Kaczka, czyli tu nie będzie...

30 grudnia 2017

Koniec roku już jutro, więc od jakiegoś czasu trwają wszelakie podsumowania, zestawienia, wybory najpiękniejszych sukienek noszonych przez...

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza Stańki album ostatni

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe zdjęcie wykonałem 21 kwietnia 2017 roku, i już siedziałem przed komputerem, już pozwalałem palcom na rozpoczęcie spaceru po klawiaturze, gdy nagle okazywało się, że to jeszcze nie czas. A czas, jak to czas, płynie sobie bezustannie i przekonujemy się o tym fakcie w nasączonych emocjami momentach. A emocje nasączające nie zawsze chcą być miłe. No właśnie, Stańko zmarł zaledwie parę dni temu, 29 lipca, dzień wcześniej do największej orkiestry dołączyła Kora. Cóż, to swoista kumulacja… 

Nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja – słuchając muzyki czy obcując z innego rodzaju artystycznymi dziełami nigdy nie wiemy, czy dany wytwór nie jest w przypadku danego artysty ostatni. Tak naprawdę mało kto się nad tym zastanawia. No bo komu przyszłoby do głowy, że np. Soundgarden, wróciwszy po długiej muzycznej przerwie i nagrawszy jeden album, już nie nagra następnego?

A ja czekałem na odpowiedni moment, żeby za December Avenue się wziąć, aż w końcu autor sam mnie do tego w pewien sposób nakłonił. Jednak co właściwie można napisać o muzyce Tomasza Stańki? Cokolwiek by to nie było i tak zabrzmi jak banał. Jednak podejmę próbę może nie wyjścia poza banał, co przynajmniej ominięcia go w jakiś sposób.

Płyta December Avenue z 2017 roku wydana została przez sławną wytwórnię ECM, produkcją muzyczną zajął się sam Manfred Eicher, więc dla obywateli zorientowanych w temacie dalsze informacje są całkowicie zbędne. Mimo to małe wyjaśnienie – muzyka zrealizowana jest na najwyższym poziomie, każdy dźwięk to rozpieszczanie ucha, a rozpieszczone ucho promieniuje na inne części organizmu i daje audialną rozkosz. Jako wielbiciel w pierwszej kolejności sekcji rytmicznej zwracam baczną uwagę na to, jak dokładnie nagrano perkusję, jak brzmią bębny, jak wybrzmiewają blachy, co się dzieje ze stopą itd. No i bas – toż to podstawa, nośnik reszty orkiestry – i w tym przypadku jest bardzo dobrze. Jednym słowem – muzyki na December Avenue słucha się z ogromną przyjemnością, jeśli chodzi o brzmienie i jakość nagrania.

A co z treścią? Stańko wraz ze swym nowojorskim kwartetem uprawia muzykę spokojną, wyważoną, raczej usypiającą niż zmuszającą do biegu w kierunku szafki z butami, nałożenia tanecznych walonek i ruszenia w tany w prostym rytmie disco. Na płycie panuje zaplanowany spokój, jest także parę momentów żwawszych, wręcz brawurowych, przez chwilę można nawet pomyśleć, że oto słuchamy jazzowego oblicza zespołu Vader. Oczywiście, że sobie trochę żartuję, jednak muzycy potrafią jazzowo „przyłożyć”, dbając przy tym o perfekcyjne zachowanie każdego detalu.

O grze Tomasza Stańki można podobno powiedzieć to samo, co o grze Krzysztofa Komedy powiedział kiedyś pewien dziennikarz muzyczny (którego nazwiska nie pamiętam): „(Komeda) nie gra wprawdzie wielu nut, ale jeśli już gra, to tylko te właściwe.”

Tomasz Stańkę widziałem na żywo zaledwie raz i bardzo się cieszę, że miałem taką możliwość, bo na koncerty chadzam niezbyt chętnie. Stańko już nic więcej nie zagra. Tak jak każdy z nas wypowie kiedyś tam swe ostatnie słowa, a potem nie powie już nic więcej. 

I takie właśnie rozważania snułem o godzinie 2:20 podczas kolejnego odsłuchu Grudniowej Alei, a teraz ubrałem je w strój uszyty ze zdań współrzędnie i podrzędnie złożonych.

No i co? I tak wyszedł banał.

Brak komentarzy