Mariusz Włoch Blog

Zapraszam cię też na:

Polityka cookies

Sport i zdrowie

Meantime, czyli podróż wehikułem...

18 listopada 2018

Może to przez tę aurę, bo mży, jest mgliście i ogólnie niesympatycznie, pogoda może być zatem wygodnym wytłumaczeniem każdego rodzaju...

Grudzień w środku lata, czyli Tomasza...

9 sierpnia 2018

Do napisania czegoś mądrego na temat albumu Tomasz Stańki December Avenue zabierałem się już ponad rok temu, zaraz po nabyciu płyty. Powyższe...

Radość i melancholia, czyli...

4 lutego 2018

Po piątkowym koncercie legendarnego zespołu TSA w szczecińskim klubie „Słowianin” dopadła mnie mieszanka radości i melancholii....

Wyprawa do Cedynii, czyli uważaj na helikoptery!

22 sierpnia 2013, komentarze (4)

Wszystkim zapalonym rowerzystom, zwłaszcza tym lubiącym dłuższe trasy, chciałbym zaproponować przejażdżkę do Cedynii. A konkretnie pod pomnik upamiętniający bitwę z 972 roku.

Trasa jest długa, nie ma co ukrywać, bo w jedną stronę jest prawie 90 km. Pojechałem tam w sobotę, 10 sierpnia. Planuję powtórzyć ten wyczyn, głównie z tego powodu, że trasa jest niezwykle malownicza i relaksująca. Jechałem po stronie niemieckiej, praktycznie cały czas wzdłuż Odry, po ścieżkach rowerowych, także sławnej Oder-Neisse-Radweg.

Przebieg trasy: ze Szczecina drogą asfaltową pojechałem do Gartz. Potem w Gartz wskoczyłem na Oder-Neisse-Radweg, którą dotarłem do Schwedt. Parę kilometrów przed miastem można przejechać na drugą stronę kanału – jest tam taki drewniany mostek nad starą śluzą. Ścieżka po drugiej stronie jest mniej zatłoczona, więc dla tych, którzy nie lubią tłoku, jazda staje się przyjemniejsza.

Kolejny etap to Schwedt – Hohenwutzen, gdzie znajduje się przejście graniczne do Osinowa Dolnego. Oczywiście można wrócić do Polski już w Krajniku Dolnym, tyle że jazda po niemieckiej stronie jest zdecydowanie bardziej komfortowa. Do Hohenwutzen jedzie się bardzo przyjemnie – wokół zielono, można podziwiać przeróżne gatunki ptaków i słuchać ich odgłosów. Trasa jest dobrze oznakowana i nawet w pewnym momencie się rozgałęzia – można trzymać się Oder-Neisse-Radweg, można też jechać prosto – wtedy jedzie się po prostu wzdłuż rzeki, elegancką asfaltową ścieżką (tę część trasy oznakowano farbą na asfalcie jako Oder-Neisse-Radweg alternativ).

W Hohenwutzen odbiłem na Osinów Dolny, przejechałem granicę, minąłem miejscową infrastrukturę pod postacią marketów, straganów i stacji benzynowych, gdzie masowo zaopatrują się Niemcy. Jakieś dwa-trzy kilometry dalej zsiadłem z roweru i spojrzałem z dołu na stojący na szczycie wzgórza majestatyczny pomnik.

A potem wziąłem rower pod pachę i wszedłem na „pierwszy poziom”, tzn. coś w rodzaju parkingu mieszczące się jakieś 12 stopni nad poziomem drogi. Tam postanowiłem odpocząć, czekała mnie w końcu droga powrotna. Rozsiadłem się na murku, zdjąłem kask, buty i spożyłem baton, którego nazwy nie mogę wymienić, gdyż opowieść ta nie zawiera lokowania produktu.

Kiedy przyjechałem, na „pierwszym poziomie” stała karetka – widoczna na zdjęciu. Okazało się, że ze schodów spadło dziecko i mocno się poturbowało (ta sprawa była zresztą opisywana w gazetach). Parę minut później przyjechali policjanci. A zaraz po nich na niebie zamajaczył helikopter. Helikopter zaczął schodzić coraz niżej – byłem przekonany, że wyląduje na pobliskiej łące, warunki miał tam doskonałe. Okazało się, że pilot postanowił wylądować tuż obok karetki. Nie było czasu uciekać, bo inwentarz miałem rozczłonkowany i w sporym nieładzie. No i stało się – helikopter narobił takiego wiatru, że przewrócił się oparty o murek rower, kask poleciał kilkanaście metrów w trawę, buty porozjeżdżały się po parkingu, z głowy zwiało mi bandanę. Trzymałem to, co zdążyłem złapać – reszta  dobytku rozpierzchła się we wszystkich możliwych kierunkach. Podejrzewam, że dla postronnego widza musiałem stanowić przekomiczny widok – wszystko ucieka, bo wiatr tak mocno wieje, że ledwo człowieka nie porwało.

Jakoś przeżyłem to tornado. I nauczyłem się jednego – jeśli zauważysz, że zbliża się do ciebie helikopter, wiej czym prędzej w ustronne miejsce, bo rozwieje ci dobytek i nawrzuca piachu w zęby.

Poturbowanego dzieciaka przetransportowano do szpitala klinicznego nr 1 w Szczecinie – znalazłem na ten temat notatkę w lokalnym wydaniu Gazety Wyborczej z 12 sierpnia. Rzeczniczka szpitala powiedziała: „Początkowo dziecko trafiło na oddział intensywnej terapii. Ale już przeniesione jest na oddział chirurgii dziecięcej na obserwację. Jego stan jest dobry.” To dobrze.

Droga powrotna do Szczecina minęła jakoś szybciej – pomagał mi wiatr. Łączna długość trasy: 176 km. Czas jazdy: 5 godzin, 56 minut. Plus pół godziny odpoczynku pod pomnikiem i drugie pół z konsumpcją kanapki w Schwedt.

Polecam tę trasę. Tylko miejcie głośny dzwonek, bo niektórzy rowerzyści jeżdżą w parach i w ogóle nie myślą o tym, że ktoś może chcieć ich wyprzedzić. Miłej wycieczki!

I uważajcie na helikoptery!

4 komentarze

Kolarz, 23.08.2013, 15:19

Też czasami jeżdżę tą ścieżką. Szkoda, że u nas nie można doczekać się takich rowerowych luksusów. A gdzie jest ta piękna ścieżka ze zdjęcia przy pierwszym wpisie w tej zakładce? Bo na Polskę to mi nie wygląda:)

Mariusz Włoch, 24.08.2013, 20:26

Tamta ścieżka znajduje się w centrum Trondheim w Norwegii. Dodatkowo jest tam jeszcze takie specjalne urządzenie, które liczy rowerzystów - jedziesz sobie, a tablica mówi, że jesteś dziś rowerzystą nr taki a taki. Jak widać, kontrola w Norwegii dotyczy wszystkiego :)

, 27.08.2013, 16:17

E tam zaraz kontrola. Wyobraź sobie, że jesteś 176 rowerzystą, a to oznacza że prawdopodobnie przed tobą 175 osób zamiast samochodem przyturlało się na rowerze. Czyż to nie brzmi optymistycznie...?:) rm

Mariusz Włoch, 28.08.2013, 10:33

Racja - brzmi optymistycznie, bo gdyby zamiast jeździć samochodami ludzie przesiedli się na rowery, trochę by się nam krajobraz zmienił. I powietrze mielibyśmy w jakimś stopniu czystsze. I ludzie pewnie czuliby się lepiej, bo ruch to zdrowie! :)